Czasem zastanawiam się, czy musimy umierać. Niektórzy mówią, że tak, że to wynik jakiegoś pierworodnego grzechu, który ponoć każdy z nas ma na sumieniu, jednak żaden z nas nie pamięta, aby go uczynił. Inni zaś twierdzą, że wcale nie i że przyjdą czasy, kiedy śmierć będzie ledwie pamiętanym archaizmem. Nie wiem, czy kiedyś pokonamy śmierć i nawet nie wiem, czy byłoby to dla nas dobre. Bo kiedy myślę o tym, jak wyglądałby świat bez śmierci człowieka, to różne i niekiedy dziwne wnioski mnie nachodzą. Ale o tym innym razem.
Tym razem o jednej drobnej rzeczy, o takiej prostej zasadzie, którą gdyby Najwyższy, o ile jest i może, mógłby dla nas wprowadzić, to świat byłby po stokroć piękniejszy.
Skoro już musimy umierać, to nie powinno być tak, nigdy tak nie powinno się dziać, że dziecko umiera prędzej, niż jego rodzic. A rodzic powinien umierać nie prędzej, niż zobaczy, na kogo wyrosły dzieci jego dzieci.
Gdyby Bóg mógł nam to dać. Obawiam się jednak, że nie może. Bo gdyby tylko mógł, to by dał. Może za mało albo źle Go prosimy? A może to sprawka Złego, który akurat tego odpuścić nie zamierza.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieśmiertelność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieśmiertelność. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 29 stycznia 2013
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Komu grzechy odpuścicie
Spowiedź tak zwana uszna – ileż napisano o tym słów, ileż
traktatów całych. Praktykowana w kościele katolickim i prawosławnym, jako
warunek odpuszczenia grzechów i jako jeden z sakramentów. Powstała w XIII
wieku, ponad tysiąc lat od czasu, gdy Chrystus wypowiedział słowa cytowane przez
Ewangelię – „Komu grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, komu zatrzymacie, są
im zatrzymane”. Nie ulega wątpliwości, że duchowieństwu bardzo na rękę było
ustanowienie takiej formy spowiedzi, jako warunku odpuszczenia grzechów i, w
efekcie, warunku zbawienia. Zwłaszcza, że niemal cała Europa była już
chrześcijańska, pupruraci mieli więc dzięki niej łatwy i prosty wgląd w
codzienność zwykłego ludu, jak i, co niebagatelne, w czyny i bezeceństwa
królów, królowych i całych dworów. Znaczenia takiego narzędzia dla
duchowieństwa, które, umówmy się, nie w stu procentach składało się z ludzi chcących
tylko doprowadzić lud do bram nieba, przecenić się nie da. A wszystko to w imię
przytoczonych prędzej słów Jezusa. Tylko czy aby na pewno Chrystus, wypowiadając
je dwadzieścia wieków temu, chciał powiedzieć nam, że oto teraz, jak
zgrzeszymy, to nie ma innego wyjścia, jak usiąść lub uklęknąć obok księdza i
powiedzieć mu, co też zbroiliśmy? I czy na pewno chodziło o to, by temuż
księdzu (kolejna umowa – nie zawsze przecież mistrzowi intelektu) dać prawo
rozstrzygania o tym, czy nasze winy są dla Boga możliwe do odpuszczenia, czy
też Bóg, mimo swej miłości do ludzi, tych win odpuścić nam nie da rady? Wątpię. Szczerze, to nawet nie widzę przesłanek, które kazałyby nam sądzić, iż Chrystus chciał powołania jakichś księży, On raczej powołał kościół równych sobie ludzi, prawdziwą wspólnotę. No
i jeszcze - co z szarakami, którzy, biedni, tworzyli chrześcijaństwo zanim uznano, że
tylko spowiedź na ucho księdza ma moc darowania grzechów?
Człowiek często, jak tylko zacznie coś znaczyć, zaraz
wyobraża sobie, że jest nieomylny niemal, a pycha rozdyma jego ego do rozmiarów
absolutnie monstrualnych. Stara Wiara obfitowała w prawa. Tysiące praw, reguł,
zasad, nakazów i zakazów oraz ustalonych na setki okoliczności sposobów
postępowania. Czasem tak absurdalnych, że w imię miłości do Boga robiono,
kierując się księgami, rzeczy przedziwne, na których Bogu zwyczajnie zależeć
nie mogło. I potem przyszedł Chrystus. Przyszedł po to między innymi, by powiedzieć
nam, ze tamte prawa są nieważne, że one odwracają naszą uwagę od tego, co najistotniejsze, że ważne tak naprawdę są tylko dwie rzeczy –
miłość do Boga i miłość do innych ludzi. Miłowanie się wzajem. Dobro. To
dlatego Ewangelie, to całkiem chude książki, a nie opasłe tomiska. Bo prawda o
zbawieniu jest prosta – miłuj swojego Boga i bliźnich, to wszystko. Ale miłuj naprawdę!
Nie uważaj się za lepszego od kogokolwiek. Nie życz źle, nawet, jeśli bliźni myśli zupełnie
inaczej, nie ubliżaj tylko dlatego, że ośmielił się powiedzieć rzecz, która się
Tobie nie mieści w głowie, nie zabijaj tylko dlatego, że bliźni inaczej nazywa
tego samego boga, czyli miłość właśnie, albo dlatego, że urodziła się gdzie indziej, niż ty i inną mówi mową.. W ogóle nie zabijaj. Tylko to o naszej wierze i warunkach
zbawienia powiedział nam Jezus. A my, ludzie, za długo z tak prostym
przesłaniem nie wytrzymaliśmy. Już w chwilę po jego odejściu znaleźli się tacy,
co to zaczęli uznawać się za na tyle mądrych, by być uprawnionymi do
INTERPRETOWANIA SŁÓW CHRYSTUSA. Skąd takie przekonanie, skąd TAKA PYCHA u nich? Gdyby
Chrystus chciał nam dać Prawo Kanoniczne, po prostu by nam je przyniósł gotowe
z sobą. Zapewne zdawał sobie sprawę z naszej ułomności i w życiu nie pozwoliłby
na to, byśmy sobie sami ustalali skomplikowane prawa boże w oparciu o jego
proste słowa, wiedziałby po prostu, jakim to grozi bałaganem. Ale nam Prawa Kanonicznego
nie dał, tylko proste przykazanie miłości. Chciał odmienić nas, ludzi, byśmy
zrozumieli, że najważniejsze jest dobro. A my, jak to my, zamiast próbować
wszczepiać tę prostą prawdę w nasze serca, zabraliśmy się za Jego ewangeliczne przesłanie po to,
by każde zdanie porozkładać na części i by z każdego Jego słowa wyprowadzić
przynajmniej pięćdziesiąt zasad i reguł dobrej wiary. Mój Boże, kto nam dał do
tego prawo?
Komu grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, a komu
zatrzymacie, są im zatrzymane. Przeczytaj to zdanie jeszcze raz. Chrystus
prawdopodobnie wypowiedział je do KAŻDEGO z nas (a nie tylko do księży), bo zawsze mówił do wszystkich, którzy tylko zechcą iść za nim. Komu we
własnym sercu wybaczysz winę, krzywdę, jaką Tobie uczynił, temu ta wina w
niebie nie będzie policzona. A komu ją zatrzymasz, ten będzie o niej myślał,
będzie nosił ją w sumieniu i ten z tą wina stanie przed Bogiem. KAŻDY z nas
ma dar odpuszczania grzechów. Poprzez proste, ale szczere przebaczenie. W imię
miłości, a więc w imię samego Boga. Bo jedynym sakramentem jest miłość. Miłość
człowieka do człowieka, człowieka do Boga i Boga do człowieka. I nie trzeba
nikomu niczego szeptać do ucha. Choć jeśli to komu pomaga kochać, to może to
robić, przecież to nie grzech.
sobota, 19 stycznia 2013
Miłość zabieramy z sobą
„Miłość zabieramy z sobą”. To ostatnie zdanie, jakie
wypowiada Sam do Molly. Potem mówi tylko „Na razie” i odchodzi. Idzie tam, skąd
nikt jeszcze nie wrócił („bo i po co?”). Miłość zabieramy z sobą, to pewne. I
nienawiść, jeśli ją mamy w sobie, też. I niepokój, i nieprzebaczenie i myśl,
która w bezczasie zmienia się w udrękę, że nie przebaczył ktoś. Być może na tym
polega niebo i piekło. Że zabieramy z
sobą nasze uczucia, lęki, emocje i w nich trwamy. Zawieszamy się w emocjach,
jakie mamy w sercu w ostatniej sekundzie i ta sekunda staje się naszą
wiecznością. I jeśli w tej sekundzie ostatniej miłujesz szczerze ludzi, świat i
siebie, jeśli wszystkim już dawno wybaczyłeś i wszyscy Tobie, to będziesz trwał
w miłości, której radość ogarnie Cię do stopnia, jakiego nigdy tu, na Ziemi,
nie doznałeś. Ale jeśli jest wtedy w Twym sercu nienawiść, jeśli masz na koncie
winy, o których przebaczenie nie chciałeś prosić, bądź jeśli sam wybaczyć nie
umiałeś, wtedy o radość w świecie, w którym nie rządzą już czas, przestrzeń i
materia, a jedynie myśl i być może energia, wtedy tam będzie Tobie o radość bardzo
trudno. I być może nic już nie da się zmienić. Może być już za późno. Może nie
być już Czasu.
„Miłość zabieramy z sobą”. I wszystko inne, co myślimy i
czujemy. W tej jednej, ostatniej sekundzie. To my sami jesteśmy dla siebie
niebem lub piekłem, bo ta ostatnia sekunda jest nieśmiertelna. Bo jest ponad czasem,
jak dobro i zło.
„Miłość zabieramy z sobą”. Tak, Patryku, ty już wiesz, czy
kiedy wypowiadałeś te słowa wcielając się w ducha Sama, miałeś rację czy nie.
Dobrze, że powstał ten film. Bo my teraz, kiedy go oglądamy, nawet dwudziesty
piąty raz, i nawet wiedząc, że to historia zmyślona, że to bajka, to i tak
jakoś tak w środku stajemy się lepsi, i świat jakiś lepszy się staje, a wiara w
to, że to wszystko ma głęboki sens choć na chwilę staje się myślą najważniejszą.
O tak, tego jestem pewien – miłość zabieramy z sobą.
Etykiety:
Bóg,
demi moore,
dobro,
dusza,
miłość,
niebo,
nieśmiertelność,
patric swayze,
piekło,
uwierz w ducha,
wiara,
wiara - religia - kościół,
zbawienie,
zło
Subskrybuj:
Posty (Atom)