Tragedia niewyobrażalna. Jak każda, kiedy ginie dziecko i
zostawia osieroconych rodziców, lub kiedy jest na odwrót i kiedy malutkim
dzieciaczkom ktoś odbiera mamę i tatę. Tego faceta zapewne osądzą i wszystko
wskazuje na to, że dostanie sporo lat. I dobrze. Ale są jeszcze one - dzieci.
Ten człowiek zabrał im wszystko, co miały. Bo dla takich dzieci rodzice są
ABSOLUTNIE WSZYSTKIM, co mają. I myślę sobie, że sprawiedliwym standardem w takich sytuacjach powinno być to, że temu, kto sprawił, ze dzieci tracą rodziców, odbiera
się wszystko, co on sam ma. Sąd, poza karą pozbawienia wolności, powinien
zasądzić również dożywotnie renty dla osieroconych dzieci, a obowiązek
opłacania tych rent powinien zawsze w pierwszej kolejności ciążyć na sprawcy.
Oznaczałoby to, że już dziś komornik powinien zająć wszelki majątek sprawcy, a
po spieniężeniu go przekazać uzyskane środki na celowy fundusz rentowy tych
dzieci. Dodatkowo, w przypadku zwolnienia sprawcy z aresztu, powinien on mieć
obowiązek dożywotniego łożenia na te dzieci (choćby już dziećmi nie były), od
którego to obowiązku zwalniać mogłoby tylko oświadczenie woli osieroconej
ofiary. Kiedy pozbawiasz kogoś bezbronnego, małego, dzieciaczka po prostu,
wszystkiego co ma, sam powinieneś stracić wszystko, co masz. Oczywiście jest tu
kilka kwestii do dopracowania (bo taki degenerat mógłby potem chcieć zgładzić
te dorosłe już dzieci, żeby uwolnić się od finansowych obowiązków), ale to jest
do ogarnięcia mądrymi zapisami. W każdym razie koleś do końca życia powinien w
części choć żyć dla tych dzieci. To pewne.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie dziecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie dziecka. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 stycznia 2014
środa, 11 grudnia 2013
Maluszek i choinka
Ida święta. W około zaczyna się szaleństwo, wszędzie reklamy
z kolędami i świątecznymi piosenkami zza oceanu. I dylemat wcale nie odwieczny –
co komu w prezencie? Tak! Nie odwieczny! Choć zdawać by się mogło co niektórym młodszym,
że i owszem. Ale jeszcze w czasach, gdy rok nazywał się na 198, czyli raptem
te trzydzieści lat temu, pod choinkę można było kupić niemal cokolwiek, co kupić się w ogóle dało, bo i
tak nikt niemal nic nie miał. Nie do wiary? Tak, nie do wiary, ale tak było.
Pamiętam, że jako gdzieś tak dziesięcioletni chłopak miałem jedną naprawdę
porządną zabawkę – resoraka, którego tata przywiózł mi z delegacji z Katowic.
To był mój wielki powód do dumy (że go mam - tego resoraka, no i tego tatę!). Taki resorak, jakiego dziś kupisz za dziesięć złotych w byle sklepie. A Gwizdka? Czekało się na prezenty, a jakże.
I to jak się czekało. Nawet bardziej, niż dziś. I dostawało się to, co rodzice (nie!! Gwiazdor!!)
mogli dać. Jakieś klocki, jakąś tablicę i kredę, książkę. I było cudownie.
Kocham swoje dzieciństwo. Ach, każdy kocha przecież. No w końcu było się
młodszym o te kilkadziesiąt lat, to jak nie kochać.
Ale ja pamiętam nie tylko to, ze byłem mały. Także to, że pośród otaczającej nas
wszystkich materialnej mizeroty, na pierwszy plan wychodziły nasze uczucia i
emocje. Moje dziecięce także. Co roku jednym z piękniejszych gwiazdkowych
prezentów było dla mnie ubieranie choinki. Ten nastrój, znoszenie kartoników z
bombkami ze skrytki w przedpokoju, najpierw lampki, potem ozdoby, potem wata i
lamety, i te kolorowe światła i cienie na ścianie pokoju, w którym stanęła
choinka. Nigdy tego nie zapomnę. Nie pamiętam już niemal żadnego prezentu, ale
te światła i cienie i widok latarni oświetlającej tańczące płatki śniegu, widok
z okna pokoju babci, tego nie zapomnę nigdy.
Kiedy przed chwilką usiadłem do komputera, żeby napisać ten
post, to wcale nie o tym chciałem, co powyżej. Ot tak, jakoś się zapomniałem,
poniosło mi duszę. Chciałem o naszych dzisiejszych dzieciach. I o tym, co może im
sprawić radość. Właśnie z moją Iskierką kombinujemy, co mógłby Gwiazdor przynieść
naszej najmłodszej pociesze. Półtora roku. Żoncia maltretuje tablet i pokazuje
kilka fajnych pluszaków na baterie. Ten skacze, ten śpiewa, a ten powtarza to,
co się do niego mówi. Super zabawki. Mikroprocesorowe. Mówię - a może jakaś farma ze zwykłymi figurkami
zwierząt – nie, starsza ma i starczy. A może zwykły pluszak przytulak? No co ta
za prezent gwiazdkowy w ogóle… No dobra. Niech coś będzie na baterie, skoro już być
musi. Ale niech będą też te kolorowe światła i cienie na ścianie. Żeby miała co pamiętać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)